blog

blog

piątek, 8 sierpnia 2014

Plac zabaw – plac tortur.


 Smok Tymka wykonany w tarasowym atelier naszego syna :)

Matką Polką nigdy nie byłam i nie będę. Kocham moich chłopaków, jednak zawsze szczerze przyznaję się do tego, że spędzanie z nimi czasu bywa dla mnie trudne i męczące. Szczególnie odczuwam to będąc w mieście. Może jakbym miała dom na zielonym, cichym Żoliborzu byłoby inaczej, ale nie mam i muszę radzić sobie z niezbyt dla mnie miłą codziennością.

Nie lubię wychodzić na spacery z wózkiem.
Ile razy można spacerować po tych samych miejscach, przejmując się tym, czy przypadkiem słońce nie świeci z nieodpowiedniej strony, czyli prosto w twarz Miecha? Parasolki (przetestowaliśmy już kilka, wszystkie tak samo byle jakie – po kilku użyciach nadają się do kosza), pieluchy tetrowe czy kocyki na nic się zdają przy takich upałach. Jakiekolwiek zakrywanie wózka nie ma najmniejszego sensu, robi się w nim przeraźliwie gorąco i dziecko zaczyna płakać.
Do parku mamy kawałek drogi, żeby się tam dostać trzeba przejść kilka ruchliwych, hałaśliwych ulic, co sprawia, że Mały się denerwuje i uderza w ryk. Jak już jesteśmy na miejscu, to i tak nie ma gdzie usiąść bo wszystkie ławki są zajęte. Mogę sobie tylko pomarzyć o spokojnym wypiciu zakupionej na wynos kawy lub poczytaniu gazety, bo Miechu prawie nigdy na spacerze nie śpi. A podobno z małym dzieckiem na spacerze jest fajnie. Nie dla mnie.    

Nie lubię placów zabaw.
Nie lubię tego harmidru, tych hałasów, krzyków, kłótni. Nie lubię wrednych dzieci, które są w pełni przekonane, że cały plac zabaw należy tylko do nich i utrudniają innym dzieciakom zabawę, przepychając się i zagradzając dostęp do zabawek. Nie lubię tych matek, które nie reagują na zachowania swoich wrednych dzieci i nienerwowo siedzą na ławeczkach udając, że nic się nie dzieje. Nie lubię plotkujących niań, które zamiast zajmować się maluchami, z którymi przyszły na plac zabaw głośno wymieniają się opiniami o rodzinach, u których pracują. Wyjście z Tymkiem na plac zabaw traktuję niemal jak karę.

Nie lubię zabierać dzieci na spotkania ze znajomymi.
Nie lubię ruszać się z domu z Mieszkiem. Problemem jest dla mnie pakowanie Mieszka do nosidełka, znoszenie nosidełka do garażu (ciężko, a ja raczej do dużych i silnych kobiet się nie zaliczam), przypinanie w samochodzie, pakowanie wózka do bagażnika, a potem na miejscu robienie wszystkiego ponownie tylko w odwrotnej kolejności. A potem znów to samo. Do tego ciągłe pilnowanie pór kamienia i myślenie o tym, żeby dążyć dotrzeć do domu na czas. Wszystko szybko. Wszystko w pędzie. I nawet jak Mały nie grymasi, zawsze tak się straszliwie zmacham, że mam wszystkiego serdecznie dość. 

Tymczasem na wsi jest zupełnie inaczej.

Świetne jest to, że bez wyrzutów sumienia nie muszę chodzić codziennie na spacery z wózkiem (chyba, że rzeczywiście mamy ochotę na wspólny rodzinny spacer), bo Miechu i tak praktycznie przez cały dzień przebywa na świeżym powietrzu. Taras to zbawienie dla mamy. Można na nim robić wszystko. Układać dziecko do spania, bawić się z nim na macie czy też kłaść do leżaczka, żeby przez chwilę samo się sobą zajęło. Jestem tym zachwycona. Nie przejmuję się upadłem, ani chłodem. Nie przejmuję się słońcem czy deszczem. Olbrzymia wygoda.


Co prawda nie mamy placu zabaw, ale mamy dużą piaskownicę. Planujemy jeszcze zamontować huśtawkę i jakiś drewniany domek dla chłopaków. W ten sposób wynagrodzimy im brak placu zabaw na wsi. Wszystko pod domem. Można spokojnie obserwować bawiące się dzieci pijąc kawę na tarasie lub robiąc coś w domu. Cisza, spokój, co najwyżej krzyki Tymona. Nie jestem zmuszona do użerania się z obcymi dzieciakami czy też słuchania rozmów obcych ludzi. Rewelacja! 


Na wsi nie muszę zabierać dzieciaków na spotkania ze znajomymi. Ponieważ jest miło i przyjemnie to znajomi bardzo chętnie przyjeżdżają do nas. Tymon lubi, jak odwiedzają nas „ciocie” i „wujkowie” – nowe ofiary, które można zaangażować do wspólnej zabawy. Dzięki temu rodzice mogą na chwilę odetchnąć. Żyć nie umierać i gości zapraszać!

Jakie jeszcze profity dla matki z posiadania domu na wsi? A chociażby to, że ciągle jest dużo prac do wykonania i na przykład w tej chwili Kolega Małżonek zaangażował Tymona do malowania piaskownicy. Za chwilę będą ciąć deski na kompostownik. Mały się nie nudzi, ma zajęcie i jest zadowolony. Myślę, że jak będzie trochę starszy, będzie miał z tego jeszcze większą frajdę.

Ja tymczasem siedzę na tarasie, gaworzę z Mieszkiem i piszę ten tekst. Mam czas na to, co lubię i jest mi dobrze. Z dala od miasta. I bardzo mnie to cieszy.  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz