blog

blog

piątek, 1 sierpnia 2014

Podróże małe i duże.


Większość z nas lubi podróżować. Zwiedzanie nowych miejsc pozwala oderwać się od codzienności, sprawia że zapominamy o nękających nas problemach i skupiamy się na przyjemnościach, które tak bardzo są nam w życiu potrzebne. Ciekawe miejsca, dobre jedzenie, czas dla siebie – kto tego nie lubi?


My lubimy i to bardzo. Niestety (stety?) sposób spędzania wolnego czasu od momentu narodzin naszego pierwszego syna bardzo się zmienił. Trochę czasu nam zajęło dostosowanie się do nowych warunków. Nie było to łatwe, ale chyba zrozumieliśmy, że, po pierwsze, zmieniło się i nie ma co udawać, że jest inaczej, po drugie, zmieniło się, ale nie na zawsze i, po trzecie, „inaczej” nie oznacza „gorzej”.

Przed narodzinami naszego pierwszego syna planowaliśmy podróżować w miarę możliwości jak najczęściej. Udawało się. Spędzaliśmy miłe chwile na wspólnych wyjazdach. Zwiedzaliśmy dużo – od rana do wieczora biegaliśmy z mapą zaliczając kolejne atrakcje, jadaliśmy głównie poza hotelem, żeby poznać miejscowe smaki i zwyczaje kulinarne, nie odmawialiśmy sobie przyjemności, piliśmy alkohol, wieczorami bawiliśmy się na imprezach. Żyć nie umierać!

Aż tu nagle na świat przyszedł Tymon, co spowodowało, że nasze życie przewróciło się do góry nogami. Początkowo baliśmy się gdziekolwiek go zabierać. Pierwszy raz wyjechaliśmy za granicę jak Tymon miał półtora roku. Pojechaliśmy na Rodos.

Łatwo nie było. Do dziś wspominamy dwugodzinną, obowiązkową wycieczkę wzdłuż muru obronnego twierdzy w mieście Rodos. Upał był nieziemski. Człowiek przycupnąłby w jakiejś knajpce pod parasolem i napiłby się zimnego piwka, ale dziecko zasnęło i się obudzi, jak tylko przestanie bujać. Nie ma zatem wyjścia – trzeba chodzić. Z licznych atrakcji, jakie zafundował nam Tymon można wymienić m.in. publicznie obsikane spodnie Kolegi Małżonka (bynajmniej nie przez Kolegę Małżonka, tylko przez Tymona) czy też walkę z licznymi pogryzieniami Malucha przez greckie komary (która ostatecznie zakończyła się wizytą u lekarza).

Jednak się nie poddaliśmy. Stwierdziliśmy, że to jedynie przejściowe problemy. Jeszcze kilka miesięcy, dziecko podrośnie i wrócimy do tego co było. Pomyliliśmy się bardzo…

Kolejny wyjazd miał miejsce tuż przed skończeniem przez Tymona drugiego roku życia. Polecieliśmy do Chorwacji. Porę wybraliśmy bardzo odpowiednią, bo…. sierpień – skoro jedziemy nad morze, musi być ciepło.. I było – makabrycznie gorąco. Zaplanowaliśmy podróż samolotem (do Zadaru), potem autobusem (do Primostenu). Był też wynajem samochodu (przejazd Primosten – Nin, zwiedzanie Splitu, Sibeniku, Zadaru). Noclegi zarezerwowaliśmy w dwóch miejscowościach położonych w rożnych regionach Chorwacji. Posiłki mieliśmy jadać w pobliskich knajpach. Co, my się damy rady ?

Niestety rady nie daliśmy. Chorwacja okazała się katastrofą. Koleżanka Małżonka po tygodniu pobytu chciała wracać do domu. Podirytowanie, zmęczenie, znudzenie i nawet stres towarzyszyły nam niemal przez cały dwutygodniowy wyjazd.

Wszystko trzeba było zaplanować pod Tymona – za każdym razem należało brać pod uwagę pory jego jedzenia i spania. Ciągle trzeba było go pilnować – a to, żeby się nie zgubił wśród tłumów, a to, żeby nie zrobił sobie krzywdy na kamienistej lub betonowej plaży (zdarzyło się, że poślizgnął się i uderzył głową w betonową posadzkę – to nie było miłe), a to, żeby nie przegrzał się na słońcu (upał był niemiłosierny). Jedzenie w biegu i stresie – a to zbyt długie oczekiwanie na jedzenie (dziecko się nudzi), a to brak krzesełka dla dziecka (jak go w takim razie nakarmić?), a to głośno (Tymek właśnie śpi), a to palą papierosy (przecież niezdrowo). Do tego ciągły problem z nakarmieniem Tymka. Potrawy, które zamawialiśmy w restauracjach najczęściej pozostawały nietknięte. Brak możliwości wyjścia gdzieś wieczorem, posiedzenia w kawiarni czy innej knajpie. Totalnie wymęczeni i zawiedzeni wróciliśmy do Polski i na jakiś czas daliśmy sobie spokój z wyjazdami z dzieckiem.

Dopiero jak Tymek miał już skończone trzy lata, a Mieszko był już w brzuchu postanowiliśmy spróbować ponownie. Tym razem miało być „po nowemu”. Wybraliśmy Egipt, przełom grudnia i stycznia, żeby było ciepło, ale nie upalnie. Hotel z dala od miejscowości, all inclusive, z własna plażą, spa, szkołą nurkowania i kilkoma placami zabaw. Wydawało się – nuda. A tymczasem to był strzał w dziesiątkę. Przez cały tydzień nie wychyliliśmy nosa poza teren hotelu. Nie wiemy jak wyglądała miejscowość, w okolicach której położony był hotel. Całe dnie spędzaliśmy na plaży. Kolega Małżonek nurkował, Koleżanka Małżonka chodziła na masaże. Tymon bawił się w piasku i na placu zabaw. Czytaliśmy książki, wieczorami, jak Tymek spał oglądaliśmy House of Cards. Na posiłki chodziliśmy na stołówkę (niektórzy nazywają to hotelową restauracją, ale nie przesadzajmy). Tymek jadł, co chciał, mógł wybierać i przebierać do woli. Nie trzeba było się stresować, że zamówiona potrawa, podana po 40 minutach oczekiwania skończy w śmietniku, bo akurat Małemu nie posmakowała. I było fajnie.

Okolice hotelu. A może nawet nie było dokąd iść? Nie wiemy, nie poszliśmy.

W tym roku wakacje spędzamy na wsi. Mieszko jest jeszcze malutki i doszliśmy do wniosku, że jeszcze nie pora na podboje świata. Planujemy miło spędzić czas, bez nerwów i napięcia. Będzie woda (pompowany basenik), piasek (mamy dużą piaskownicę), dobre jedzenie (Kolega Małżonek świetnie gotuje), alkohol (kieliszek dobrego winka, jak już dzieci pójdą spać), towarzystwo (od czasu do czasu odwiedzą nas goście) i wiele atrakcji, które jeszcze sobie wymyślimy i na pewno o nich napiszemy.

Czy będziemy jeszcze podróżować? Pewnie! Czy będziemy podróżować z dziećmi? Ależ oczywiście! Chcemy jednak, żeby dla wszystkich było przyjemnie – dla dzieci, ale również dla nas. Poczekamy zatem jeszcze chwilę, aż Mieszko podrośnie, a w międzyczasie zaplanujemy coś w innym, nowym stylu. I na pewno będziemy zadowoleni!

A tego lata czekają nas najpewniej tego rodzaju widoki i bliskie spotkania.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz