blog

blog

piątek, 29 sierpnia 2014

Tudzież podnóżek w politurze.


Nie znosimy chodzić na zakupy. O nie! Nie ma nic gorszego niż tłumy w centrum handlowym. Od dawna unikamy tego jak ognia. Nawet jedzenie kupujemy przez Internet. Ale ostatnio postanowiliśmy spędzić popołudnie na zakupach razem z dzieciakami.

Potrzebowaliśmy kilku rzeczy do domu na wsi więc pojechaliśmy całą rodziną do… Ikei.

Pokochaliśmy ją na studiach. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Ideał. Tanio i ładnie (no dobrze, przede wszystkim TANIO). Na studiach Ikea rządziła. Chyba nie istniało mieszkanie studenckie bez podstawowego mebla - nieśmiertelnego kartonu z Ikei.

Po latach, kiedy już przyszło do urządzania własnego mieszkania, Ikea poszła w odstawkę. „Tanio” przestało mieć już takie znaczenie (skoro już się urządzamy na całe hipoteczne 30 lat…), a okazało się, że „ładnie” było głównie w katalogu. Na zdjęciu cud, miód, malina, a w realu święta trójca: tektura, dykta, paździerz. Zaczęło się chadzać w inne miejsca.

Punkt widzenia zależy jednak od punktu siedzenia. Jak się siedzi na wiejskim tarasie z dwójką łobuzów i dostaje dreszczy na hasło „galeria handlowa”, zostaje jedna jedyna – Ikea.

Zmienił nam się gust, zmieniły się potrzeby, zmieniły się nawyki. Proste, surowe formy zastąpiły zdobienia. Wenge zastąpiła biel. Nagle okazało się, że kwiaty wyglądają ładniej w wazonie (lub wiaderku!) niż w szklance, że przyjemnie jest otoczyć się bibelotami. Że styl skandynawski w wydaniu (jak gdzieś ostatnio przeczytaliśmy) sielskim to jest to.


I przede wszystkim dzieci! Nasza rodzinna zakupowa wycieczka okazała się bardzo sympatyczna. Z maluchami naprawdę docenia się, że cały sklep to wielki plac zabaw dający praktycznie nieograniczone możliwości zabawy w chowanego. Do tego wszędzie te rodzinne drobiazgi – pokój do karmienia, mikrofala do podgrzewania jedzenia, plac zabaw ale i zabawki w każdym dziale. Nawet „przechowalnia na dzieci”. Niby nic takiego, ale robi różnicę.

Na koniec zakupów znowu było inaczej niż na studiach. Zamiast pęczka hot-dogów na głowę były lody z automatu. Tymek był wniebowzięty. My przeżyliśmy zakupy. Stwierdziliśmy nawet, że ta wyprawa sprawiła nam przyjemność. A to naprawdę coś.

3 komentarze:

  1. "Mikrofala" i "zabawa w chowanego" w jednym zdaniu - brzmi niepokojąco ;-)))

    OdpowiedzUsuń