blog

blog

czwartek, 13 listopada 2014

Praca niepraca.


Podobno praca w korporacji to samo zło.  W czasach kiedy stawiałam pierwsze kroki w zawodzie, każdy chciał pracować w korporacji – wiadomo dużo pracy ale przynajmniej dobre pieniądze, poza tym prestiż, no i oczywiście lans. Minęło parę dobrych lat i z tego co zaobserwowałam, tendencja się zmieniła. Ideałem jest własny biznes, elastyczny czas pracy, możliwość przesiadywania w kafejkach i spotykania się z klientami na mieście. Tak jest modnie i podobno fajnie, a korpo to zło wcielone, od którego każdy, kto mądry, ucieka. Czy oby na pewno?

Od siedmiu miesięcy jestem na urlopie, który można byłoby nazwać urlopem macierzyńskim. Dlaczego tylko można? Bo od wielu lata nie byłam zatrudniona na umowę o pracę. Wykonuję wolny zawód, mam zarejestrowaną własną działalność gospodarczą i nawet jak dłużej współpracuję z jakąś kancelarią to i tak nie mam takich uprawnień, jakie ma pracownik. Generalnie, nie mam prawie żadnych uprawnień, ale za to mam elastyczny czas pracy, z którego właśnie korzystam. Postanowiłam bowiem jednocześnie być mamą i kobietą pracującą.

A wygląda to tak:

Spotkanie z klientem – godzina 11:00 rano, miejsce oddalone 20 km od naszego miejsca zamieszkania. Niani nie mamy (bo nigdy nie wiadomo kiedy będę pracować) tak więc trzeba zorganizować opiekę nad dzieckiem. Z pomocą śpieszy Wojtek – jedyne, co mam zrobić do dojechać miejsca docelowego z Miechem i przekazać samochód wraz z dzieckiem, wózkiem, zapasem pieluch, wcześniej podgrzanym jedzeniem i całą kupą innych gadżetów mojemu mężowi. Żeby nie było wątpliwości – Wojtek pracuje, a etat opiekunki wyrabia w ramach swojej przerwy na lunch.

Wracając do organizacji, żeby dojechać na godzinę 11:00, muszę wyjść z domu o godzinie 10:10. Zaczynam się zbierać już przed 9:00. Wiadomo - mycie włosów i suszenie (mam ich całkiem sporo także to dość czasochłonne przedsięwzięcie), makijaż, wyprasowanie ubrań, w międzyczasie - śniadanie Mieszka, trzykrotna zmiana pieluchy, pobujanie, zabawa, przebranie, ubranie, wytarcie nosa, pupy itd. O 9:30 Mieszko zaczyna wyć, próbuję go uspokoić ale ni jak nie idzie. Dziecko więc się drze (inaczej nie da się tego nazwać), a ja szukam czarnych, kryjących rajstop, które gdzieś ostatni widziałam. Ale gdzie? Szukam i szukam znaleźć nie mogę, a czas leci. Nie znalazłam. Wbijam się w jakieś stare, pozaciągane, założę drugie buty nie będzie widać. Jeszcze tylko muszę znaleźć buty, ubrać Miecha i się zbieramy. 

Godzina 10:00. Buty są pewnie w szafie, na górnej półce. Wspinam się po drabince, wyciągam jakieś pudełka, wszystko z łomotem spada na ziemię. Cholera jak późno! Muszę już wychodzić. Dobra posprzątam później, podobnie jak porozrzucane różnokolorowe rajstopy, kosmetyki i naczynia ze śniadania. Ale zaraz, zaraz w  pokoju cisza. Zaglądam do Mieszka … łobuz śpi. Nic to, na śpiocha wciągam mu spodnie, zakładam kurkę, pakuję do nosidełka. W kółko powtarzam sobie w myślach „żeby tylko nie zapomnieć o smoku bo będzie klops”. Łapię nosidełko, torbę z dokumentami, torbę z gadżetami Mieszka czyli jakieś 12 kg, ciężkie jak cholera, a ja do dużych kobiet nie należę. Jeszcze tylko winda. Łapię, zjeżdżam – chwila zawahania – muszę otworzyć drzwi do garażu kartą magnetyczną, którą mam w portfelu, przepakowywałam torebki – czy ja zabrałam portfel??? Grzebię nerwowo w mojej przepastnej torebce – jest!!! Prawie biegnę do samochodu , zatrzaskuję drzwi, patrzę na zegarek – 10:30.  Spóźnię się, jak nic się spóźnię. Pędzę samochodem. W międzyczasie odbieram trzy telefony od klientki – a jak dojechać? a metrem można? a jaki przystanek? Skąd mam wiedzieć, przecież jeżdżę samochodem! Niech ten dzień się szybciej skończy (przypominam nie ma jeszcze 11:00).

Ostatecznie dojeżdżam. Wojtek przejmuje Mieszka. Reszta dnia toczy się podobnie. Spotkanie się przedłuża, ja się denerwuję. Całe szczęście, że dali kawę - nie zdążyłam w domu wypić (tu mi się przypomina, że przecież zaparzyłam i że tak została biedaczka w zaparzaczu). Przed 13:00 wracam do samochodu, chłopaki już czekają.  Na telefonie trzy nieodebrane połączenia i taka sama lista smsów. Będę oddzwaniać później. Mieszko w całkiem dobrym nastroju. Podwozimy Wojtka pod prace i zaczyna się wycie  aż do samego domu. Namęczył się biedny przez tyle godzin. A w domu sprzątanie, karmienie, przewijanie, za parę godzin znowu ubierania i wycieczka po Tymka do przedszkola. Jeszcze jakaś robota po spotkaniu do zrobienia ale to później, i jeszcze…

A do d… z takim elastycznym czasem pracy!!! Co ja bym dała żeby spokojnie na 9:00 pójść do biura, napić się kawy, porozmawiać o nowym orzeczeniu Sądu Najwyższego, zadzwonić do klienta, w ciszy popracować przy komputerze. Co ja bym dała…

I dopiero wieczorem czuję wszechogarniające poczucie satysfakcji i zadowolenia! Dałam radę! A jak dałam radę dzisiaj, to dam i jutro! Stać mnie na dużo i bardzo mi z tym dobrze!

I tylko w jednym, jedynym przypadku nóż w kieszeni mi się otwiera. Wiecie kiedy? Wtedy, jak inne kobiety, matki, które wróciły do swojej etatowej pracy bezlitośnie deprecjonują takie kobiety, matki jak ja. Sadystycznie dając im do zrozumienia, że „siedzenie w domu”, to sielanka. Tak jakby już zapomniały jak to było. A może w ich przypadku było inaczej?

P.S. O godzinie 21.20 znalazły się zagubione czarne rajstopy.

18 komentarzy:

  1. Kiedyś chciałam pracować w wielkiej korporacji, ciekawe jak to jest :))
    Nie mam dziecie (niestety) ale jestem pewna, że taka praca z dzeciątkiem w domu to tysiąc razy cieższa praca!
    Pozdrawiam Cię ciepło i uroczą kryszynkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak nie spróbujesz to nie będziesz wiedziała jak to jest ;) Mnie jakoś nigdy nie ciągnęło...

      Usuń
  2. Wielki szacunek Moniko dla ciebie, to bardzo wg mnie mądre, że znajdujesz czas i na pracę i na bycie z maleństwem. Opis poszukiwania czarnych rajstop - bezcenny! Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dajesz z siebie 120 % więcej niż te kobietki, które pracują w korporacjach. Podziwiam Cię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Może nie jestem aż taka dzielna ale myślę, że czasami daję z siebie dużo ;)

      Usuń
  4. Znam to, mojej pracy nie wcisnę w żadne szablony. Tylko ten, że miesiąc kończył się kwotą zarobku (a jeszcze podatku, ale Bóg i podatki są wieczne). Często spotykałam się z różnymi uwagami i tekstami. Znam uczucie otwierającego się noża....
    Dałam radę! Jutro też dam...
    Udanego weekendu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alis własny biznes to moim zdaniem jeszcze trudniejsza praca! Dzielna Kobieta z Ciebie! I cieszę się, że masz podobne odczucia co do noża ;)

      Usuń
  5. Ja nie mam wolnego zawodu, a też jest tak samo ;) idę
    do roboty na 4-5h potem obiad, sprzątanie, zabawa, nauczanie, kąpanie, basen( muszę chodzić bo dźwiganie pociech pogłębiło garba, którego mam od zawsze, a rehabilitant jak mnie widzi łapie się za głowę), wolny czas ( szycie, malowanie, szukanie ciuchów dla klientek, przygotowywanie zajęć, blog itp.) a i jeszcze ćwiczę po nocy bo przecież trzeba być fit... I się dziwić czemu człowiek przemęczony...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana pamiętam te czasy jak jeszcze nie pracowałaś tylko robiłaś całą kupę rzeczy z dwójką chłopaków na głowie. Podziwiam!

      Usuń
  6. Wszystkim się wydaje,że takie"siedzenie" w domu to czysta przyjemność i w ogóle-luz blues ;p To tylko pozory,szczególnie kiedy ma się dzieci ;p
    Buziaczki posyłam!

    OdpowiedzUsuń
  7. To nie siedzenie w domu, to latanie niczym kometa jakowaś;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Podziwiam naprawdę ! Moja Klara ma chorobę lokomocyjną, więc nawet nie chcę sobie tego wyobrażać ... :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jestem pełna podziwu:) Wspaniale dajecie sobie radę, choć wiem ile to kosztuje, wysiłku, energii, poświęcenia...Uściski zasyłam:)

    OdpowiedzUsuń
  10. What a fantastic and lovely picture! Soooooo cute!
    Happy days
    Elisabeth

    OdpowiedzUsuń
  11. No i co ja mam napisać..:) Też siedzę w domu z dzieckiem i tłumaczę starszej córce, że nie tylko tata chodzi do pracy. Mama w domu też pracuje.... tylko pieniążków nie przynosi:) Pozdrawiam i trzymaj się!!!

    OdpowiedzUsuń
  12. Nadrabiam zaległości u Ciebie:)
    Tak. Siedzenie w domu. Kiedyś sprawdzałam, i średnio siedzę jakąś godzinę. W porywach do dwóch. Chyba, że akurat mam tekst do napisania, wtedy siedzę... do północy albo dłużej, jak dzieci śpią.
    Dasz radę jutro, i pojutrze, i potem też. My, matki z wolnym zawodem, po prostu nie mamy wyjścia. Chyba, że z domu na spotkanie:)

    OdpowiedzUsuń