blog

blog

środa, 20 sierpnia 2014

Nie pojechaliśmy do Chin.


No to zakończyliśmy nasz urlop. Szkoda. Naprawdę było fajnie. Wszyscy nas pytali, czy się nie nudzimy przez te dwa tygodnie na wsi - bo co tam można robić ?

Otóż nie nudziliśmy się ani przez chwilę i wypoczęliśmy jak nigdy. Nie skorzystaliśmy nawet ze wszystkich atrakcji i możliwości jakie daje pobyt na wsi (ograniczał nas trochę mały Mieszko), ale i tak było super! Mamy dużo nowych planów na przyszły rok. Z pewnością odkurzymy nasze rowery, ale to dopiero na wiosnę, jak już Mieszka będzie można posadzić w foteliku.

Pogoda dopisała, więc dużo czasu spędzaliśmy na świeżym powietrzu. Chodziliśmy na spacery, siedzieliśmy na tarasie, czytaliśmy książki (w szczególności te o blogowaniu – postanowiliśmy trochę podszkolić się w tym temacie) i oglądaliśmy seriale (teraz przerabiamy drugi sezon Breaking Bad), bo na filmy przy dwójce dzieci czasu brak.


Wojtek zabrał się na prace techniczne. Zaczęło się od prostych rzeczy tj. stołu do pracy, kompostownika i grządek. Potem było coś trudniejszego – drewutnia! Wyszła wspaniała, ale o tym jeszcze opowiemy. Tak się chłopak rozkręcił, że w przyszłym roku planuje zbudować domek do zabawy dla chłopaków. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Były też spotkania ze sztuką (na razie przez małe „s”). Malowanie desek na drewutnię impregnatem do drewna, malowanie obrazków farbami plakatowymi i na koniec próby zdobienia techniką decoupage (o tym możecie przeczytać TUTAJ), która szczególnie przypadła do gustu Monice. Świetna sprawa, bardzo relaksujące zajęcie i nie wymaga ogromnych umiejętności plastycznych. Fakt, że jak patrzymy na obrazy wykonane przez Ciocię Dorocię, nie możemy się nadziwić jak cudnie wyglądają (i dopiero teraz jesteśmy w stanie docenić jej kunszt!). No ale w tym przypadku to lata wprawy i co najmniej kilkadziesiąt (o ile nie kilkaset) wykonanych obrazków.

Monika liczy na to, że może za jakiś rok regularnego klejenia wykonane przez nią prace będzie można bez skrępowania powiesić na ścianie (pierwsze już wiszą, ale wyglądają raczej jak prace kilkulatka). Ćwiczyć z pewnością będzie, a przynajmniej na ten moment ma duży zapał i chęci. Gadżetów do decoupage zrobiło się w domu sporo (pędzle, farby, serwetki) w związku z czym powstała konieczność zaanektowania kącika do pracy. Na szczęście dom jest na tyle duży, że znajdzie się odpowiednie miejsce. Będzie pracownika! Wybieramy już meble. Wszystko powinno być z litego drewna, najlepiej bielone. Wojtek znalazł bardzo sympatyczne stare krzesło na allegro. Właśnie zostało zamówione. Kupiliśmy też w Ikei dwa drewniane kozły – idealnie nadadzą się na nogi do drewnianego blatu jaki został nam po montażu kuchni.
Dużo też czasu poświęcaliśmy blogowi. Pomimo wielu przeciwności w trakcie pobytu na wsi udało się opracować i opublikować kilka postów z czego jesteśmy bardzo dumni.

Bo po pierwsze, już drugiego dnia wakacji popsuł nam się aparat. Ubolewaliśmy bardzo (choć Wojtek swoim żartem wykrakał tę awarię). Na szczęście cześć zdjęć udało się wykonać komórką (aparaty w dzisiejszych telefonach są zadziwiająco dobre), reszta została zrobiona dzięki uprzejmości i wsparciu Huberta (tego samego, od którego otrzymaliśmy nasze ulubione matrioszki, które możesz zobaczyć TUTAJ), który użyczył nam swój osobisty sprzęt do fotografowania. Bardzo dziękujemy!


Bo po drugie, zabrali nam Internet. Kto? Nie wiemy, ale przyszli chyba w nocy, bo któregoś dnia po przebudzeniu okazało się, że Internetu już nie ma. Na wsi jest słabo z zasięgiem, Internet raz jest, raz go nie ma. W drugim tygodniu naszego pobytu nie było ani Internetu, ani zasięgu. Publikacja posta odbywała się z samochodu w obecności naszych dwóch pociech, z miejscowości oddalonej 6 km od naszego wiejskiego domu. Tam Internet był. Udało się i mogliście przeczyta TUTAJ o wiejskiej modzie. 

Było jeszcze założenie zielnika, sianie rzodkiewki i jesiennych sałat. Było też ognisko i oglądanie spadających gwiazd. Było dużo dobrego jedzenia (o czym trochę TUTAJ). Nie było wodospadów, rafy koralowej, delfinów, fontanny di Trevi czy Wielkiego Chińskiego Muru. Było za to dużo rozmów, snucia planów, nowych pomysłów i marzeń. Było spokojnie, refleksyjnie i miło. Z ciężkim sercem wracaliśmy w niedzielę do Warszawy. Na szczęście za trzy dni weekend i znowu jedziemy na wieś. W lesie pojawiły się pierwsze wrzosy, poranki i wieczory są coraz chłodniejsze, chmury na niebie coraz cięższe, zaraz będą grzyby. Lato się kończy…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz